Za sprawą Agnieszki Sołtys z Warszawy bezpańskie kundle ze stolicy trafiły do gospodarzy na Warmii i Mazurach. – Nie żałuję, że tłukę się z psami ponad 300 kilometrów, by trafić na dobrych ludzi w Grzędzie i Paluzach koło Reszla, bo warto – mówi. – Zwierzakami obdzieliłam znajomych w Warszawie, teraz chcę przeprowadzić akcję w całym kraju. Grzęda i Paluzy są dla mnie wzorem.
Lubi pani zwierzęta? – zapytała mnie w telefonicznej rozmowie Agnieszka Sołtys z Warszawy.
- Stale współpracuję z jednym z warszawskich schronisk, ale jak będzie trzeba, będę z wieloma innymi w kraju – wyjaśniła. – Jestem menedżerem w agencji aktorskiej, współpracuję z firmą reklamy komunikacji społecznej, mam nadzieję, że do akcji uwrażliwiania na los zwierząt pozyskam najbardziej znane w Polsce twarze i oplakatuję nimi cały kraj.
Aby osobiście poznać Agnieszkę Sołtys z Warszawy musiałam pojechać do Grzędy. Czekała na mnie przy domu nauczycielskiej pary – Anny i Romana Olszyńskich, u których się zatrzymała, bo zna ich z czasów nauki w Warszawie. Obok biegały trzy psy. Pani Agnieszka zaprosiła na kawę, ale nie czekała aż wypijemy, od razu przywołała swojego psa i zaczęła opowieść.
- To suczka Tara, ale my nazywamy ją Tareska. Wyrzucono ją z samochodu. Połamana była w schronisku przez pół roku. Nikt jej nie chciał – opowiadając o tym głaszcze psa, jakby chciała mu wynagrodzić złe wspomnienia. – Wzięłam ją chorą i nieszczęśliwą. Bardzo bała się mężczyzn. Myślę, że to mężczyzna musiał ją tak katować, więc pamiętała o tym.
- Kocham psy za bezgraniczne przywiązanie. Poza tym jednoczą ludzi w przyjaźni bez względu na wiek, stanowiska i poglądy polityczne. Chcę akcję pomocy zwierzętom zorganizować przez uwrażliwianie na ich los, ale też uświadamiając, że tę opiekę trzeba sprawować mądrze. Jestem na przykład zwolenniczką sterylizacji, bo tak można kontrolować rozrodczość zwierząt. Dla ich dobra.
Wędrujemy do domu Elżbiety i Jana Aftyków. W gościnnym pokoju na fotelach czekają na nas gospodarze i ich dzieci. Mała suczka o imieniu Aga radośnie biega po dywanie. Nikt jej nie karci za te harce.
- Życie na wsi nie jest łatwe, ale taki wesoły piesek nie daje nam się smucić – mówi Jan Aftyka. – Wiem, to może wydawać się dziwne, by gospodarz, który ma krowy, cielęta, świniaczaki i rentę w kwocie 300 zł, cieszył się akurat pieskiem. Ale niech żona dopowie, na czym ta sztuczka polega.
Żona pana Jana, Elżbieta, długo się śmieje ze szczerej wypowiedzi męża. Suczka Aga wykorzystuje sytuację i biega od jednego do drugiego, zachęcając do zabawy. Widać, że rzeczywiście jest ulubieńcem rodziny.
- Agnieszka opowiadała nam o piesku, opowiadała, że choć mamy Pufa do pilnowania obejścia, a poza tym po podwórku biega siedem kotów, wzięliśmy do domu także Agę. To taki piesek, który ciągle jest przy nodze – opowiada pani Elżbieta. – Życie drożeje, dzieci trzeba wykształcić i kto by z nas wcześniej myślał, że piesek nam potrzebny do szczęścia. A jednak taka psina potrafi nas nastawiać pozytywnie do całego świata. To niesamowite!
- Od cholery szczekliwy to pies, ale dobrze, tak ma być, dobry pies – chwali Agę pan Jan, a ona jakby rozumiała jego słowa, pcha mu się na kolana. – Tylko jak chcę ze znajomymi iść na piwo, to zdradzi żonie, gdzie jestem!
- Chyba w swoim pieskim życiu wiele biedy zaznała, bo kiedy przywiozła ją nam Agnieszka z Warszawy chowała się przed ludźmi, kuliła ze strachu i na zapas chowała jedzenie – mówi pani Elżbieta. – Ale teraz ufa nam bezgranicznie. Mąż to chyba bardziej ją lubi niż mnie, bo po wejściu do domu najpierw z nią się wita!
- Nie dzielimy psa na domowego i łańcuchowego – tłumaczy pan Jan. – Pufa zwalniam z łańcucha i idziemy na spacer. Mam 41 hektarów do oglądania, jest gdzie chodzić!
- A Grzęda to jaka wieś, jak ją można scharakteryzować? – pytam.
- To wieś, w której więcej psów niż dzieci i więcej niż dojnych krów – odpowiada ze śmiechem pan Jan.
- On chce powiedzieć, że tak jak wokół, żyje się tu raczej biednie, co nie znaczy, że ludzie mają serca nie mieć – tłumaczy jego żona, Elżbieta.
Podczas wizyty pani Agnieszka nie wtrąca się do wypowiedzi gospodarzy, choć wyraźnie widać, jak bardzo ją wszystko obchodzi. Przy wyjściu oznajmia: – Aga to pies, nad którym tak bardzo znęcał się poprzedni właściciel, że została mu odebrana na wniosek sąsiadów. Dopiero w Grzędzie ma drugie życie. Jestem szczęśliwa, że jest u Aftyków.
Teraz jedziemy do Paluz. Tam mamy poznać życie Saby, którą wyrzucono z poprzedniego domu, bo przestała się podobać. A naraziła się właścicielowi tym, że witając się za bardzo skakała z radości. Kiedy pewnego razu przy skoku zaczepiała pazurem o kieszeń spodni i naderwała ją, straciła wszystko. Wyrzucono ją. Na prośbę Agnieszki wzięli ją Zygmunt i Zofia Romanowiczowie.
- Mieliśmy kiedyś podobnego pieska, ale myśliwy nam go zastrzelił -wspomina pani Zofia. – Było nam smutno, aż pewnego dnia pani z Warszawy przywiozła nam podobnego! Taki przypadek! Bardzo lubię Sabę. Robię jej nawet kanapki, nie zubożeję. Bo jak psu człowiek nie da, to kto?
- Wie pani, kiedy Saba zobaczyła wieś, przestrzeń, pola, to chyba szoku zaznała, bo nigdy czegoś tak ładnego nie widziała – opowiada pan Zygmunt. – Jak poleciała w zboże, to zabłądziła. Dwa dni jej szukaliśmy. Już myślałem, że ktoś ją wziął, bo niektórzy mówili, że taka ładna. O, gdyby umiała mówić, to by pewnie wiele rzeczy opowiedziała. To nasz piesek z Warszawy, z samego Śródmieścia, panienka, radosne stworzenie.
- Tylko kurcze nie lubi listnosza, choć my czemu nie, zwłaszcza gdy rentę niesie – dodaje ze śmiechem.
- Widzicie, ile my możemy się naśmiać z powodu małego pieska! I jak szybko się zapoznać z nieznajomymi! – oznajmia pani Zofia, a potem niemalże ciągnie za rękaw na pokoje. W największym, w którym kwiatów jest tyle jak w oranżerii, czeka nakryty stół.
- Gościna z powodu rozmów o piesku? – pytam zaskoczona.
- Z powodu spotkania bratnich dusz – mówi pani Zofia. – Tylko zacofaniec nie lubi siebie to i nie lubi piesków.
- Zacofaniec nie ma też wanny w domu – dodaje żartobliwie pan Zygmunt. – Ale my jesteśmy wyjątkowi. W Paluzach jest więcej takich.
Agnieszka Sołtys z poworotem zabiera mnie do Grzędy. Muszę jeszcze poznać jej przyjaciół.
Anna i Roman Olszyńscy trafili tu 18 lat temu, pod wpływem propagandowej akcji dla nauczycieli. Kto zechce uczyć w wiejskiej szkole, otrzyma piękne mieszkanie. Oboje marzyli o wiosce w lesie, nad jeziorem. I trafili do Grzędy, gdzie nie ma ani jeziora, ani lasu.
- Rozumiem Agnieszkę, bo sama kocham zwierzęta – mówi pani Anna. – Miałam kotka, kiedy skończył 10 lat znalazł inny dom. Mieliśmy doga, ale aportował świnki sąsiadów i musieliśmy oddać psa teściowej. Potem przybłąkała się Łatka, ale że była psem wędrowcem, pobyła i poszła dalej. Potem kupiliśmy na rynku od sąsiadów ze Wschodu Sonię – coli. Pod naszą nieobecność zjadła u sąsiadów jakąś trutkę i zdechła. Teraz mamy jamnika Gacka. Ma podły charakter, jest niekoleżeński, warczy na inne psy, ale to wielki pies w małym ciele. Nasz nadpies. To z jego powodu kot z domu się wyprowadził. Tylko z miłości do Agnieszki toleruje jej psa.
Pani Anna opowiada o tym krzątając się przy kuchni. Opowieści przysłuchje się też Gacek.
Do rozmowy włącza się dyrektor szkoły podstawowej w Grzędzie Ewa Dańko, zaprzyjaźniona z Olszyńskimi. Jej opowieść dotyczy psa o imieniu Murzyn, który przeżył trzech dyrektorów. Teraz w szkole jest kolejny pies – przybłęda, rudy Lisek. Przyszedł zaraz potem jak Murzyna zabrako. Ma identyczny charakter. Wszyscy mówią, że to wcielenie Murzyna.
Lisek mieszka na klatce schodowej w bloku. Ile drzwi, tyle misek i wycieraczek dla niego. Sam sobie wybiera miejsce, na którym śpi. Tych, których kocha, wita w szczególny sposób, na przykład rannym pukaniem do drzwi. Pies robi to ogonem!
- Kiedy pani z Sanepidu zobaczyła Liska na stołówce, krzyknęła “A co ten pies tak tu się patałęta?!” – opowiada pani dyrektor. – Liskowi zrobiło się przykro. Podobnie jak nam. No bo co to znaczy “patałęta się”. Cała szkoła go lubi.
Kiedy tak rozmawiamy o psach, z radia dobiega piosenka Urszuli “Mądre serce jest jak pies, kiedy kocha może czekać nawet wiek”. Agnieszka mówi, że nie możemy czekać z pomocą dla zwierząt. Tym w Grzędzie i Paluzach się udało, a innym?
Autor artykułu: Elżbieta Mierzyńska